Do telewizji trafiła przez babcię. Dzięki niej została gwiazdą telewizji, ale sława jest dla niej jednocześnie szczęściem i przekleństwem. Emilia Korolczuk to rolniczka, właścicielka Rancza Laszki, sołtyska, youtuberka, ale przede wszystkim gwiazda programu „Rolnicy. Podlasie”.
— W życiu! Na wsi jestem u siebie. Dobrze sobie radzę, czuję się szczęśliwa i wolna. A w mieście czuję się źle. Gdy muszę jechać do miasta, żeby coś załatwić, aż mnie trzęsie. To dla mnie przymus, a nie przyjemność.

— Mam setkę przyjaciół. Wiadomo, że zwierzęta są po to, aby na nich zarabiać. Pieniądze są potrzebne i nikt nie zaprzeczy, że tak jest. Nie traktuję jednak zwierząt zarobkowo, ale po partnersku. Gdy rano idę do nich, żeby zrobić obrządek, rozmawiam z nimi. Pytam, jak im się spało i co im się przyśniło. Mówię do nich jak do człowieka. One patrzą na mnie, odpowiadają po swojemu… I tak mamy codziennie.

— To prawda, ale tak się w życiu ułożyło, że nie wyszło. Z wykształcenia jestem biologiem, stawiałam na ornitologię, a zostałam rolniczką. Ale wykształcenie bardzo mi pomaga. Rozumiem niektóre procesy, które zachodzą w zwierzętach.
— Są dwie strony medalu. Gdzie nie pójdę, łatwiej jest coś załatwić. Każdy traktuje mnie jak znajomą. Ja nie znam tej osoby, z którą rozmawiam, ale ona dużo o mnie wie. Mówią o mnie: „nasza Emilka”. Ale to ma swoje minusy, bo każdy mnie rozpoznaje i dosłownie nigdzie nie mogę się ruszyć, żeby nie wskazywali mnie palcami. Nie ma anonimowości, na krok. Czy jestem na wsi, czy w mieście, na ulicy, gdziekolwiek… To bardzo uciążliwe. Latem pojechaliśmy z dzieckiem na plażę i nie cieszyliśmy się odpoczynkiem, bo cały czas ktoś do nas podchodził i prosił albo o zdjęcie, albo o autograf. Nie spodziewałam się, że aż tak to się rozkręci.

— Ludzie mówią, że wzięłam udział w castingu, ale takiego nie było. Reżyser szukał ciekawych ludzi w okolicy.
— Ktoś mu o mnie i o moich zwierzakach powiedział. I postanowił do mnie przyjechać. Było już późno, około godz. 21, byłam zmęczona, wjeżdżałam traktorem na podwórko, a on opowiadał mi o programie. Odpowiedziałam mu, żeby dał mi spokój. Nie w głowie mi były takie rozmowy. Ale babcia zaczęła mnie namawiać. Zachęcała, żebym spróbowała. Nie wiedziałam, o co chodzi — czy to jakiś serial, czy jednorazowy reportaż. Bardziej skłaniałam się w stronę tego drugiego. I zgodziłam się. A potem okazało się, że wszyscy mnie rozpoznają.

— Nie. Zawsze mi zależało, żeby pokazać dzieciom, jak wygląda życie na wsi i skąd wszystko się bierze. Niektórzy przecież myślą, że mleko bierze się z kartonu. Dlatego też prowadzę swój kanał na YouTube. Z internetu na pewno nie ucieknę. A co z telewizją? I tu się zastanawiam, bo ostatnio szukamy pomysłów na to, co można pokazać. Na YouTube nagrywam życie codziennie. Nic nie ustawiam, nic nie planuję — po prostu się dzieje. A że na wsi zawsze dużo się dzieje, więc jest o czym opowiadać. Z telewizją jest inaczej. Niby mamy zaplanowane, co robimy, ale nie jesteśmy w stanie złapać tego, czego nie da się zaplanować. I od tego jest właśnie mój kanał na YouTube. Tu pokazuję, jak odbywa się poród albo gdy uciekają mi zwierzęta i trzeba je ponownie przyprowadzić.

— Właśnie te ucieczki są najgorsze, bo mieszkamy przy drodze krajowej, więc jest niebezpiecznie. Bydło może wyjść na drogę. Bywa, że ludzie do nas podjeżdżają i mówią, że cielak chodzi po asfalcie.
— Kiedyś nie mogłam, ale już się nauczyłam. Po dwunastu latach prowadzenia gospodarstwa już to potrafię. Nie da się przez tyle lat ciągle się martwić, żeby aż nie spać. Gdy kładę się do łóżka, staram się wyłączyć.
— O siódmej i to na spokojnie. Wcześniej wstają ci, którzy mają krowy mleczne. Muszą je wydoić o danej godzinie, więc wstają skoro świt. Ja całość mleka przerabiam sama, więc czy wydoję swoje krowy o szóstej czy dziewiątej, nie ma to znaczenia. Można zażartować, że ja rządzę u siebie! (śmiech)
— Mam tyle kóz, ale mleka koziego w ogóle nie pijemy, choć ja czasem się skuszę. Nie jemy też serów z tego mleka. U nas w rodzinie sery nie idą. Może dlatego, że mamy je cały czas u siebie, więc ich nie doceniamy. Ale jak to mówią, czasami szewc bez butów chodzi.
Jak Emilia Korolczuk została rolniczką? Na IV roku studiów dowiedziała się o śmierci dziadka. Babcia została sama. Potrzebowała wsparcia. Emilia wahała się, ale że nie mogła pracy w zawodzie, zdecydowała się przejąć gospodarstwo. W szkole w Michałowie zrobiła technika rolnika. Z takim wykształceniem mogła się ubiegać o udział w programie i dofinansowanie dla młodych rolników. Tak została gospodarzem w Laszkach. Był 2011 rok.
Emilia Korolczuk jest również sołtysem w Laszkach, tak jak wcześniej jej dziadek i babcia.


Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Dodaj komentarz Odśwież
Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez